Pamiętacie, że tematem listopada były wina z Australii? Jeśli tak, to jesteście lepsi ode mnie, bo patrząc na moje listopadowe posty można by pomyśleć, że zupełnie o australijskich winach zapomniałem. Czas nadrobić zaległości. Oto mały skrót moich przygód z butelkami z krainy kangurów.
Zacznijmy może od pozycji najmocniejszej, czyli Redstone Shiraz 2008 z regionu McLaren Vale. Shiraz stanowi tutaj ponad 50% upraw, więc można się spodziewać, że butelka nie będzie najgorsza (szczególnie, że na półce w MineWine kosztowała ok. 65 złotych). I rzeczywiście tak było: mocno owocowe, czekoladowe, lekko pieprzowe, przyzwoicie zbudowane, z lekkim kwasem i (niestety) zbyt krótkim finiszem. Ogólnie: 86+. Kolejne dwie butelki to zakupy w Marks & Spencer. Najpierw Barossa Chardonnay: słomiankowy kolor, limonkowe, brzoskwiniowe, mineralne, delikatne, w ciepłe dni powinno być dość orzeźwiające. Niestety bez wyrazu, nijakie, słabe. Podsumowując: 82+. Na koniec Burra Brook Merlot 2010: lekkie (chyba nawet za lekkie) i owocowe (a raczej kompotowe), do prostego obiadu jeszcze może by się nadało (ale u mnie końcówka wylądowała w zlewie, bo po kilku dniach zorientowałem się, że nie opróżniliśmy butelki do końca). Ocena: 79.

