Polska winem stoi?

Obserwator polskiej blogosfery winnej oraz branżowych portali mógł w zeszłym roku odnieść wrażenie, że polskie wina doganiają winiarzy z tradycyjnych winiarskich krajów. Ciężko mi było z tym się zgodzić, ale z drugiej strony wcześniej miałem styczność tylko z kilkoma butelkami z polskich winnic, więc może po prostu miałem pecha i trafiałem na słabe wina? Przyszła pora, abym sam się przekonał jaki poziom reprezentują polskie wina, a to za sprawą zaproszenia ze strony poznańskiego Spotu na spotkanie z producentami oraz ich winami. Degustację prowadził Tomasz Prange-Barczynski i muszę przyznać, że opowiadał tak interesująco o polskich tradycjach, szczepach i regionach, że nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu wina trafią do naszych kieliszków. (Z ciekawostek dowiedziałem się m.in., że w to na obecnych terenach Polski został wyprodukowany pierwszy niemiecki Sekt!)
Po wstępie teoretycznym przyszedł czas na testy organoleptyczne. I tutaj już było różnie, jednak można spróbować wyciągnąć kilka elementów wspólnych. Po pierwsze, zdecydowana większość win była pijalna, co jest postępem w stosunku do tego, co można było spotkać jeszcze kilka lat temu. Po drugie aromaty większości win były bardzo ciekawe, niestety gorzej już było z ustami, gdzie często było płasko, papierowo i niewyraźnie. Wąchać tak, pić już niekoniecznie. Po trzecie, polscy producenci powinni skupić się na winach białych, ewentualnie robić wycieczki w stronę różu, natomiast czerwienie udają się wyjątkowo rzadko. Po czwarte, ciągle można znaleźć wina niepijalne – dla mnie tutaj przykładem były wina z Winnicy Sandomierskiej, zarówno w wydaniu białym jak i czerwonym nie byłem w stanie przebrnąć przez próbki degustacyjne.
A oto kilka win (próbowaliśmy łącznie 16 butelek), które zdecydowanie zwróciły moją uwagę. Sibemus 2013 od Płochockich, który mógłby robić za zamiennika Vinho Verde, to radosne wino z prostą owocowością i sporym, ale dobrze ukrytym cukrem. Riesling 2012 z Pałacu Mierzęcin pokazał, że u nas można zrobić dobrego Rieslinga. W nosie typowe dla tego szczepu brzoskwinie, morele, miód i aromaty kwiatowe. Sporo cukru (20 gram na litr), ale dobrze zbalansowanego kwasowością. Bardzo ciekawy był też Seyval Blanc 2012 ze Srebrnej Góry, który trzymany jest z wiórami akacjowymi, dzięki czemu wino jest dość cieliste, krągłe, tłuste, z aromatami miodu, kwiatów i dojrzałych owoców. Z różów najlepiej zapadł mi w pamięć Zweigelt 2013 z Winnicy Miłosz, bardzo lekkie, zwiewne, truskawkowo-poziomkowe, ze świetnie orzeźwiającym kwasem. Z czerwieni również tylko Winnica Miłosz miała coś ciekawego do przedstawienia, ich Pinot Noir z 2012 roku to świetna owocowość, ziemistość i lekkość. W ustach trochę goryczki, dość długi finisz, taniny delikatne, ale wyraźne.
Podsumowując,  w Polsce w łaskawych rocznikach i z dobrymi umiejętnościami można zrobić smaczne wina. Byłbym jednak daleki od twierdzenia, że nasze wina mogą się równać z winami niemieckimi lub morawskimi. Owszem te najlepsze butelki jakością zdecydowanie mogą konkurować z naszymi sąsiadami, ale zwykle przegrywają jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości, a w dodatku tych najlepszych butelek jest nadal dość mało (choć z roku na rok coraz więcej). Jak widać wielkim entuzjastą nie jestem, ale na pewno jestem ogromnym kibicem i wierzę, że z roku na rok będziemy mogli pić coraz więcej i coraz lepsze polskie wina. 

You Might Also Like