Będą na Morawach nie mogliśmy odmówić sobie wizyty najlepszym regionie winiarskim Austrii, czyli w Wachau. Z Mikulova do Wachau jedzie się 2 godziny autostradami, więc żal byłoby nie pojechać i nie spróbować tamtejszych Veltlinerów i Rieslingów. Jako nasz pierwszy cel wybraliśmy największego producenta z tamtych stron, czyli Domäne Wachau. Dojechaliśmy do miasteczka Dürnstein, w którym znajduje się siedziba winnica, a tam problem – nigdzie nie możemy znaleźć numeru budynku 107. Dopiero rozmowa z mieszkańcami nakierowała nas na zupełnie drugi konie miasta – kolejny dowód, że GPS-owi nie zawsze można całkowicie ufać. Gdy (chwilę spóźnieni) trafiliśmy w końcu na miejsce, to spotkał nas nie mały zaszczyt, bo na naszą wizytę czekał sam dyrektor winnicy, pan Roman Horvath MW. Po chwili rozmowy zostaliśmy oddani w ręce sympatycznej Melanii, która oprowadziła nas po winnicy, a trzeba powiedzieć, że było po czym oprowadzać.
Podczas rozmowy dowiedziałem się, że Wachau to najmniejszy i najchłodniejszy region w Austrii. Na długość ma tylko 15 kilometrów – od miasta Krems na wschodzie do Spitz na zachodzie. Okazuje się, że między dwoma krańcami regionu średnia temperatura różni się o jeden stopień, a to znacząco wpływa na proces dojrzewania winogron. I tak, w Krems gdzie jest cieplej, winogrona zbierane są zwykle 2 tygodnie wcześniej niż w Spitz.
Winnice w Wachau są dość mocno rozdzielone między rolników, przez co często produkcja wina jest możliwa tylko przy ścisłej współpracy z wieloma hodowcami. I taki właśnie model stosuje Domäne Wachau – współpracują z 250 rodzinami, od których skupują winogrona. Nie każde winogrono jest jednak z miejsca przyjmowane. Przez cały rok wszystkie winnice, z którymi współpracuje Domäne Wachau są monitorowane i przyznawane są im punkty za odpowiednie traktowanie winorośli. Oczywiście później przyjmowane są jedynie winogrona, od tych rodzin, których owoce spełniły określone kryteria jakości. Ciekawy jest również procec współpracy przy zwożeniu winogron – każda rodzina ma dokładnie wyznaczoną datę i godzinę, kiedy ma pojawić się ze swoimi zbiorami. Spóźnienie może skutkować, że winogrona nie zostaną skupione. Wszystko po to, aby później można było pracować z jak najbardziej świeżymi owocami. Przy okazji trzeba dodać, że 100% winogron zbierana jest ręcznie, ale przy tak stromych zboczach nad Dunajem ciężko wyobrazić sobie inną formę zbiorów.
Przy okazji wizyty dowiedziałem się w końcu jaka jest etymologia klasyfikacji win z Wachau, czyli skąd pochodzą określenia Steinfeder, Federspiel i Smaragd. Steinfeder pochodzi od nazwy trawy, stąd też wina określane jako Steinfeder mają być lekkie i zwiewne jak trawa. Federspiel pochodzi od nazwy narzędzia wykorzystywanego przy hodowli jastrzębi, stąd wina określane jako Federspiel powinny być zwinne i silne jak jastrząb. Smaragd natomiast to nazwa chronionej jaszczurki, ma ona symbolizować siłę win.
Domäne Wachau produkuje rocznie około 2,5 miliona butelek, z czego połowa zostaje w kraju, a druga połowa jest eksportowana (ich butelki znajdziecie również w Polsce). Mieliśmy okazję spróbować kilku z produkowanych przez Domäne Wachau win. Zaczęliśmy od Gelber Muskateller Tararasen 2012, które podobnie jak następne, czyli Wachauer Katzensprung Gruner Veltliner Steinfeder 2012, było winem bardzo lekkim, cytrusowym, orzeźwiającym, z dobrą kwasowością – dobre wina na upalną pogodę.
Następnie przenieśliśmy się jeden poziom jakościowy wyżej, czyli do Federspielów. Najpierw te określane jako Terrasen, czyli produkowane z gron pochodzących z różnych winnic: Gruner Veltliner Terrasen Federspiel 2012 – cytrusowy, agrestowy i pieprzny nos, ciało na średnim poziomie, kwasowość podwyższona, finisz delikatnie pikantny, z kolei Riesling Terrasen Federspiel 2012 był bardziej konkretny – więcej ciała oraz kąsającej przyjemnie kwasowości, do tego głównie brzoskwiniowe aromaty z dodatkiem grejpfruta i moreli, idealne wino do obiadu.
Kolejnym winem był Riesling z winnicy 1000-Eimer-Berg z rocznika 2012 – wino świetnie balansujące intensywne aromaty dojrzałych owoców brzoskwini i żółtej śliwki z mocną kwasowością niosącą intensywne orzeźwienie. Próbowaliśmy również Gruner Veltlinera z winnicy Loibenberg, również z 2012 roku – świetne połączenie dojrzałych cytrusów (pomarańcza, grejpfrut i limonka) z pieprzną pikantnością. Wino idealne jako wstęp do Smaragdów.
A skoro o Smaragdach mowa, to mieliśmy okazję kilku z nich próbować. Najpierw dwa Rieslingi: Smaragd Singerriedel 2011 – pełno tutaj brzoskwini, melona, cytryny, a po chwili pojawiają się również aromaty delikatnie ziołowe; Smaragd Kellerberg 2011 – to jeden z moich faworytów wizyty w Domäne Wachau, obok dojrzałych owoców i ostrej kwasowości pojawia się tutaj mineralność, która czaruje najpierw w nosie, a później również w ustach. Ostatnie dwa wina to Gruner Veltlinery: pierwszy z legendarnej (i nazwanej przez Jancis Robinson jedną z najlepszych na świecie) winnic Achleiten – pięknie mineralny, pieprzny, owocowy, z delikatnym orzechem i elementami kwiatowymi. Z jednej strony wszystko w tym winie było na swoim miejscu, z drugiej strony każda minuta powodowała, że wino zaskakiwało i wciąga ło swoją intensywnością. Drugi Veltliner to winnica Kellberg – wino bardzo skoncentrowane, z dominującymi melonem, ananasem oraz mirebelką, uzupełnionymi białym pieprzem. Na koniec finisz pikantno-kwiatowy, który świetnie zamykał całość.
Trzeba pamiętać, że wszystkie Smaragdy to były wciąż młode wina (2011), które dopiero w ciągu kilku kolejnych lat pokażą swój prawdziwy potencjał.
Podsumowując, trochę obawiałem się tej wizyty – w końcu Domäne Wachau to największy producent w tamtejszej okolicy, a często wielkość jest odwrotnie proporcjonalna do jakości. Całe szczęście moje obawy się nie sprawdziły i mogliśmy spędzić kilka godzin z miłymi ludźmi, podziwiając piękne widoki i degustując świetne wina.

