Riesling Rieslinga pogania

Spotkaliśmy się ostatnio w naszym kółku winnych adoratorek i adoratorów, aby zobaczyć różne oblicza Rieslinga. Tak się złożyło, że tym razem to ja wybierałem wina, które mieliśmy spróbować. 4 butelki były przywiezione z naszych niemieckich podróży, a 2 były kupione w poznańskich sklepach. Już zanim zaczęliśmy wiedziałem, że Riesling uczyni ten wieczór wyjątkowym, ale nie wiedziałem, że będzie aż tak dobrze.
Zaczęliśmy od świetnego Roberta Weila z Rheingau, jego podstawowa butelka z 2011 roku i od razu petarda! Pełno tutaj dojrzałych brzoskwiń i moreli, ale jest też miejsce na limonkę, miód, kwiaty oraz świetnie wkomponowaną naftę. W ustach wyczuwalny delikatnie cukier resztkowy, który idealnie był równoważony silną kwasowością. 
O Robercie Weilu pisałem trochę więcej tutaj.
Drugie wino to chilijski Riesling z mało znanego regionu Bio-Bio znajdującego się na południu kraju. Okazuje się, że tamtejszy klimat umiarkowany śródziemnomorski z jednymi z największych opadów w Chile (ok 1300 mm rocznie) oraz silnymi wiatrami potrafi dać świetne Rieslingi. Już w kieliszku wino było zaskakujące, bo zdecydowanie ciemniejsze niż rok starszy kolega od R. Weila. W nosie również jakby dojrzalsze, więcej tutaj nafty, miodu, chociaż ananas i brzoskwinie też są obecne. Kwasowości ciut mniej, ale nadal trzymająca odpowiedni poziom. Kupione w Marks&Spencer za ok. 40 zł.
Jako trzeci do kieliszków trafił Riesling od naszych południowych sąsiadów, z winnicy Sonberk. O tym winie z 2008 roku pisałem już podczas relacji z wizyty na Morawach. Podtrzymuję moją poprzednią opinię, że to wino wysokiej jakości.
Czwórka, to jeden z najsłynniejszych alzackich producentów, czyli Hugel i Riesling w wersji Jubilee z 2004 roku (wersja Jubilee produkowana jest tylko w wyjątkowych rocznikach). Muszę się przyznać, że trochę się obawiałem, czy 10 lat to nie za dużo dla tego wina, ale moje obawy zostały rozwiane od razu, gdy wino pojawiło się w kieliszkach. Mimo swojego wieku, wino było najbardziej zwiewne ze wszystkich degustowanych tego wieczoru. Było to spowodowane głównie aromatami kwiatów, które królowały w tym winie. Poza tym znajdziemy tutaj sporo mandarynki, moreli, migdałów i miodu. W ustach nadal żywa kwasowość, chociaż brakowało mi trochę ciała, które do tej pory kojarzyłem z alzackimi Rieslingami.
Pora na mojego faworyta, czyli Reinhold Haart Goldtropfchen Spatelese 2008. Czuć tutaj klasę winnicy erste lage (to taki niemiecki odpowiednik grand cru) Goldtropfchen, jednej z najważniejszych winnic z okolic mozelskiego Piesportu. O wizycie u Haarta pisałem już wcześniej i podczas tego wieczoru utwierdziłem się w przekonaniu, że jego Rieslingi to najwyższa niemiecka półka. W nosie królowały suszone morele, miód gryczany, brzoskwinie z puszki i nafta. Jedna ze współtowarzyszek zwróciła również naszą uwagę na aromat czarnych porzeczek i faktycznie dało się go tam wyraźnie wyczuć. W ustach wino czarowało nienachalną słodyczą, mocną kwasowością, mineralnością oraz przepięknie długim finiszem. Perełka!
Na koniec wino również wyjątkowe, Auslese z 1989 roku z klasztoru Kloster Eberbach z Rheingau. W kieliszku wino już mocno bursztynowe. Nos wypełniony suszonymi owocami, miodem wrzosowym, zwiędniętymi kwiatami, smołą ale przede wszystkim ziołami i klimatami aptecznymi (od razu przypomniał mi się wermut od Lacuesty próbowany swego czasu w Mine Wine). Natomiast usta to już zepełnie inna bajka: kawa, gorzka czekolada, miód gryczany i mnóstwo ziół na finiszu. Kwasowości za dużo już tutaj nie było, ale nawet nie jestem pewien, czy jego większa ilość dobrze komponowałaby się z aktualnymi smakami. Wino mieliśmy w małej butelce, aby była to wystarczająca ilość, bo jeden mały kieliszek zdecydowanie wystarczał.
Piękny był to wieczór. Kolejny raz przekonałem się, że król jest tylko jeden, a jest nim oczywiście Riesling.
P.S. U Winettoo możecie przeczytać jego relację z tego wieczoru.

You Might Also Like