Przyznaję, lubię Kalifornię, a polubiłem ją jeszcze bardziej po lekturze Judgement of Paris George’a Tabera, gdzie w świetny sposób przedstawiona jest historia rozwoju tego amerykańskiego regionu. Liczyłem, że sobotnia degustacja u Mielżyńskiego w Poznaniu pomoże mi przekształcić sympatyzowanie w przyjaźń. Niestety przeliczyłem się. Piliśmy wina od trzech producentów: Backhouse, Merryvale oraz Seghesio. Zaczęliśmy od trzech Chardonnay, pierwsze od Backhouse było przyjemnie owocowe, lekko jabłkowe i tropikalne. Następnie Starmont Chardonnay 2010 – mocna beczka, czyli to co wielu kojarzy z amerykańskim Chardonnay. Fanom tych klimatów może się podobać, ja prawie 100 zł bym na tę butelkę nie wydał. Ostatnie Chardonnay pochodziło z Carneros AVA, które leży częściowo w Napie i częściowo w Sonomie. Tutaj znowu mocno czuć beczkę – wanilia i kokos prawie wylewały się w kieliszku przykrywając owoce tropikalne, dojrzałe jabłko i gruszkę. Miałem wrażenie, że w ustach dąb był trochę mniej obecny, jednak nadal dobrze wyczuwalny i tłumiący owocowość. Może gdybym miał więcej czasu i trochę dłużej kręcił kieliszkiem to owoc miałby szansę trochę się wybić, jednak w warunkach degustacji nie było na to za dużej szansy. Cena to 150 zł, dla mnie cena przesadzona.
Jak widać wina były przyzwoite, a niektóre nawet bardzo dobre, ale jednocześnie za drogie. I nawet mimo promocji wolałem wyjść z winebaru Mielżyńskiego z innymi butelkami.

