Ośmiolatek z Nowej Zelandii w dobrej formie?

karikari_tai_2007.jpg

Wchodzę ostatnio do mojego ulubionego sklepu z winem w Auckland i tak jak to często bywa rozglądam się po półkach bez konkretnego planu, szukam czegoś interesującego, pasującego bardziej do pogody niż do jedzenia. No i tak, żeby w portfelu po zakupach jeszcze coś zostało. Moje oczy skaczą od etykiety do etykiety, ale jakoś nic nie wpada w oko. Dopiero po kilku minutach, gdzieś na dolnej półce dostrzegam chowające się Karikari Estate Toa z 2007 roku. I w głowie pojawiają się dwie myśli: martwe już, czy jeszcze w formie? Z jednej strony, nowozelandzkie wina raczej są znane ze świeżości niż z długowieczności, z drugiej strony, w moim ulubionym sklepie nie pozwoliliby sobie na wpadkę z winem w fazie schyłkowej. Do odważnych świat należy, więc biorą butelkę pod pachę, idę do kasy. Ale jeszcze zanim płacę, przezornie się pytam, czy wino mimo swojego wieku nadaje się do picia. Dostaję zapewnienie, że wino jeszcze jest w formie i daje sporo przyjemności. No dobra, to wracamy razem do domu.

Na etykiecie brak informacji o szczepach, znajdziemy jedynie wyjaśnienie nazwy wina:

Toa means warrior in Maori. It represents strength, power and boldness – all of which we believe are embodied in the wine.

Jest jeszcze wzmianka, że wino najlepiej zdekantować przez co najmniej godzinę. Karafki u nas w domu brak, więc biorę największe kieliszki, nalewam wino i pozwalam mu pooddychać. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym zaraz po nalaniu nie sprawdził, jak pachnie i smakuje ta ciekawostka. Jest moc!

Gdy po dwóch godzinach sięgnęliśmy po kieliszki to intesywność soczystych czarnych owoców wystopowała, ustępując miejsca mokrym liściom, cynamonowi, świeżo zmielonej kawie. W ustach czarne porzeczki i jagody, sporo korzenności i ziemistości. Kwasowość cały czas wysoka, świetnie balansująca słodycz owoców i beczkowej wanilii. Finisz długi, owoce z kakao. Czego brakuje w tym opisie? Gdzie są taniny? Wino bez tanin to jak wojownik bez mięśni. I tutaj niestety widać było ślad czasu, bo tanin prawie już w tym winie nie było, jedynie lekko suche pojawiające się na finiszu. W ten sposób pojawiał się rozdźwięk między intensywnymi i finezyjnymi aromatami oraz smakami, a słabą budową i strukturą wina. Widać, że 8 lat zrobiło już swoje. Nie chcę jednak, żebyście mnie źle zrozumieli, wino było bardzo interesujące i smaczne, brakowało mu jednak jednego elementu, który pozwoliłby my być wyśmienitym.

KariKari Estate to ciekawostka na winnej mapie Nowej Zelandii. Wystarczy wspomnieć, że jest to najdalej na północ położona winnica. Swoje miejsce znalazła na półwyspie Karikari. Produkują wina trochę na przekór temu czego oczekuje rynek. Na przykład Toa, które próbowałem, to kupaż Cabernet Franc, Malbeca i odrobiny Pinotage. W Nowej Zelandii mało kto robi tak odważne wina. O samej winnicy pewnie będę jeszcze pisał, bo może uda nam się ich odwiedzić, jeśli nie osobiście, to chociaż próbując inne ich wina.

A gdybyście byli ciekawi jak wygląda samiutka północ Nowej Zelandii (jeszcze bardziej na północ niż półwysep Karikari), to przeczytajcie te kilka postów na blogu Trampki w podróży. Tutaj kilka zdjęć na zachętę:

polnoc1.jpg

polnoc2.jpg

polnoc3.jpg

polnoc4.jpg

Na zdrowie!

You Might Also Like