W swojej książce pt. „Natural Wine” Isabelle Legeron, MW pisze: „Forget anything you think you know about wine, and just go for it. Take your pick and don’t worry too much about what I think.” I dokładnie takie trzeba było mieć podejście na sobotniej degustacji organizowanej w poznańskim Spocie. Jeśli ktoś, podobnie jak ja, liczył, że spróbuje tam win niezwykłych, niesztampowych i odjechanych, to na pewno się nie zawiódł. Z całą pewnością wina dawały do myślenia i zmuszały do odpowiedzenia sobie na pytanie, jakich win szukamy: czy ładnych ugłaskanych i skrojonych pod publiczkę, czy raczej niegrzecznych i wykraczających poza tradycyjne ramy?
Sam jeszcze do dzisiaj biję się z myślami i szukam na to pytanie odpowiedzi. Z jednej strony na co dzień przywiązuję bardzo dużą uwagę do tego co trafia na mój talerz, do mojego kubka i kieliszka, staram się wybierać produkty ekologiczne, organiczne, mało przetworzone, od niewielkich producentów. W związku z tym bardzo się cieszyłem, że tak wiele win sprawiło mi prawdziwą radość i przyjemność. Z drugiej strony, część próbowanych w sobotę win była zbyt ekstremalna, aby można je było pić każdego dnia. Jeden kieliszek z ciekawości – tak, cała butelka do obiadu – nie ma szans. No chyba, że właśnie ten obiad byłby zbawieniem dla części z win, może jedzenie pozwoliłoby niektórym butelkom się wybronić.
Jeszcze inna część win plasowała się na granicy pijalności, nie zdziwiłbym się wręcz, gdyby znalazły się osoby, które orzekłyby, że te wina miały po prostu wady. Kolejną sprawą do rozpatrzenia jest reprezentowanie przez wina naturalne swoich apelacji, bo chociażby butelka Sancerre od Sebastiena Riffaulta, mimo że przepyszna, to jednak nijak się nie miała do typowych win z Sancerre. Ktoś powie, że tak właśnie powinno być, wino powinno pokazywać swoją indywidualność. Ale czy czasem wino apelacyjne nie powinno wpisywać się w obraz win z danej apelacji, bo przecież kupując rzeczone Sancerre spodziewam się pięknego, mineralnego Sauvignon Blanc, a w tym przypadku dostaję coś z goła innego.
Na oddzielne kilka słów zasługuje niezwykła niespodzianka jaką sprawiła polska winnica Dom Bliskowice. To co chłopacy robią w obszarze Małopolskiego Przełomu Wisły zasługuje na same pochwały. W zasadzie wszystkie produkowane przez nich wina były świetne, z odpowiednią strukturą, kwasowością, balansem i finiszem. I chyba po raz pierwszy tak dobrze smakowały mi polskie wina czerwone. Jeśli do tego dodamy, że Dom Bliskowice wpisuje się w ruch win naturalnych, to nie pozostaje nic innego jak bić brawo i czekać na więcej.
Win pysznych, niesamowitych i zaskakujących na degustacji było pełno, na zdjęciach możecie znaleźć niektóre z tych, które najlepiej zapamiętałem.
Z całą pewnością ta degustacja rozpaliła we mnie ciekawość, która dodatkowo podsycana jest lekturą książki pani Legeron (sama książka to klasa sama w sobie, ale o tym, w którymś z najbliższych wpisów). Oczywiście nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na wszystkie moje pytania o wina naturalne, a w zasadzie po degustacji mam więcej pytań niż przed, ale to bardzo dobrze, bo teraz z jeszcze większą ochotą i ciekawością będę sięgał po butelki od naturalnych winiarzy – oby tylko było ich jak najwięcej w ofertach polskich sklepów i importerów 🙂





