Winny Wtorek #100, czyli wino marzeń

ww_big_square

Na początku 2011 roku wpadł mi do głowy dość szalony plan, aby skrzyknąć blogerów piszących o winie i razem zrobić cykl wpisów, w których każdy z blogerów recenzowałby to samo wino. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że sporo blogerów zainteresowało się pomysłem i od kwietnia 2011 zaczęliśmy zabawę pod tytułem Winne wtorki. Z czasem musieliśmy zmienić trochę formułę, zmieniali się blogerzy biorący udział w WW, było kilka gorących dyskusji, a dzisiaj możemy świętować Winny Wtorek numer 100!

Dziękuję w tym miejscu tym wszystkim, którzy przez te 4 lata udzielali się w Winnych Wtorkach. Wasze pomysły, komentarze i posty motywowały mnie zawsze do pisania, szukania i odkrywania nowych smaków. Bez Was, moja przygoda z winem i blogowaniem byłaby z pewnością uboższa. Dzięki!

Jak to na okrągłą rocznicę przystało dzisiejszy temat jest wyjątkowy, opisujemy nasze wina marzeń. Win, które chciałbym spróbować jest naprawdę sporo, bo przecież kto nie marzy, aby spróbować takich win jak Sassicaia, Barolo od Gaji, Château Latour, La Tâche od Domaine de la Romanée-Conti, Penfolds Grange, TrockenBeerenAuslese od Egona Mullera albo od JJ Pruma, Vega Sicilia, albo Maderę z XIX wieku?

Ja jednak wolę skupić się na winach, które pomagały mi w spełnianiu moich marzeń. Na przykład taki podstawowy Riesling od Hugela spowodował, że mój świat zaczął się kręcić wokół wina. I gdybym w Sylwestra 2009 nie otworzył tej właśnie butelki, to z pewnością dzisiaj nie pisałbym tego posta, a możliwe, że i Winne Wtorki nigdy by nie wystartowały. Sauvignon Blanc od Kim Crawford to wino, które oczarowało moją przyszłą żonę i na które podobno ją poderwałem (jej słowa). Marc Hébrart Champagne Premier Cru to wino, które pozwoliło mi i mojej żonie świętować nasz ślub w drodze do sali weselnej – niezapomniane chwile! Champagne Egly-Ouriet Brut Tradition Grand Cru przypieczętowało moje kilkuletnie wysiłki i obroniony w końcu doktorat. Brunello Riserva od Biondi Santi z 1997 roku utwierdziło mnie w przekonaniu, że wino to niezmierzona ilość aromatów i smaków. Nieport Colheita z 1987 roku w połączeniu z serem nie dało mi spać przez kilka dni. Riesling Kabinett z 1973 od Williego Szaefera postawił kropkę nad i jeśli chodzi o wybór mojego ulubionego szczepu. A młode jeszcze Spatlese ze Schloss Vollrads wypite z przyjaciółmi w gorące popołudnie po przejechaniu 800 kilometrów z Poznania do Rheingau to ideał początku przygody. Z kolei wina z małej winnicy Baison pokazało mi, że warto szukać jakości nawet tam, gdzie najmniej się można tego spodziewać. Pomarańczowy kupaż Pinot Blanc z Pinot Gris od Pyramid Valley Vineyard uświadomiło mi, że w Nowej Zelandii potrafią robić naprawdę odjechane i odważne wina. I mógłbym jeszcze tak długo, bardzo długo wymieniać. Liczę też, że przede mną jeszcze wiele win, które mnie zaskoczą, oczarują i będą idealnym wspomnieniem wspaniałych chwil. Bo co innego tak dobrze towarzyszy fantastycznym momentom jak nie wino, prawda? 🙂

O winach swoich marzeń napisali też:

Na zdrowie!

P.S. A czy ktoś pamięta pierwsze logo Winnych Wtorków? Oto ono:
ww_logo.jpeg

You Might Also Like