Punkty, punkciki, gwiazdki, gwiazdeczki

Pamiętam jakby to było dziś, gdy po kilku miesiącach poznawania świata win i mierzenia się z blogowaniem, postanowiłem zostać recenzentem z krwi i kości i oceniać próbowane wina. Oczywiście jako młokos chciałem przy tym, żeby wszyscy brali mnie poważne, więc aby dodać sobie prestiżu postanowiłem używać skalę punktacji zaproponowaną przez pana Parkera. Mnie ludzie nie znają, ale znają Parkera i jego punkty, więc myślałem, że może coś z jego sławy spłynie na mnie (głupi ja).

Oczywiście szybko pojawiły się dwa problemy. Pierwszy, jak zapewnić spójność przyznawanych punktów? Było to zdecydowanie łatwiejsze, gdy próbowałem wina jedne obok drugiego. Wiadomo, te lepsze dostawało ciut więcej punktów i po sprawie. Trudniej było gdy wpadło jakieś pojedyncze wino w środku tygodnia, było lepsze niż przeciętne, ale czy było to bardziej 87, czy 88 punktów, a może jednak 86? No ale w sumie to było w dobrej cenie, więc może dodać jakieś małe pół punkcika? Drugim problemem była przeciętność win. Większość z nich trafiała gdzieś według mnie w przedział 83-88 w skali parkerowskiej, co oznaczało, że ze skali 100-punktów zostawała mi mała przestrzeń do wykorzystania . A jak dodamy do tego pierwszy problem, o którym wspomniałem, to z punktów zrobił się większy żart niż sensowne ocenianie czegokolwiek.

Na to nawarstwiły się dylematy natury logicznej. Bo przecież skoro skala Parkera ma niby 100 punktów, to dlaczego ten jegomość używa tylko punktów od 50 do 100? Przecież w takim razie to powinna być skala 51-punktowa, która mogłaby się zaczynać spokojnie od 0, ewentualnie od jedynki jak ktoś woli. Skala brytyjska, 20-punktowa, ma zresztą podobny problem. Sama Jancis pisze tak:

So, I limp along with points and half-points out of 20, which means that the great majority of wines (though by no means all) are scored somewhere between 15 and 18.5, which admittedly gives me only eight possible scores for non-exceptional wines – an improvement on the five star system but not much of one.

Do tych problemów doszły jeszcze wątpliwości bardziej filozoficzne. Bo jak ocenić wino próbowane na wakacjach? Przecież  wiadomo, że smakowało jak żadne inne! Jak ocenić świetne wino próbowane wśród dziesiątków innych, wybitnych win? Czy w takim towarzystwie nie zaniżę oceny wina wyłącznie świetnego? Co z oceną wina, które dostałem w prezencie? Oczywiście nie powinno to wpływać na ocenę. Ale czy nie wpływa? No i wspólny wieczór ze znajomymi, wspaniały czas, kilka dobrych butelek, każda następna lepsza od poprzedniej – wszystkie na co najmniej 90 punktów…do czasu kolejnej degustacji, tym razem bez tych wszystkich emocji. Oliwy do ognia dodał przeczytany ostatnio przeze mnie artykuł guru od nowozelandzkich win, pana Boba Campbella, MW.  Ów Bob cieszy się jak dziecko, że po spróbowaniu wielu tysięcy win, w końcu znalazł takie, któremu mógł dać pełne 100 punktów. Wczytując się jednak w słowa mistrza można wyczytać co najmniej małą niespójność (do której na szczęście sam autor się przyznaje):

As far as objective judging standards are concerned it earned a rating of 98 points. The remaining two points were purely subjective. Call it the X-factor.

Ale ża jak, ja się pytam! Oczywiście zgadzam się w 100%, że wino oceniane jest subiektywnie, ale czy powinno mieć to wpływ na punkty? To już mniej mi się podoba! Byłem przez wiele lat przekonany, że punkty mają być właśnie sprowadzeniem wina do prostego wyboru – mam do wydania 50 zł, które wino w tej cenie ma najwięcej punktów? Co mnie, jako konsumenta obchodzi, czy ktoś brał pod uwagę magiczny czynnik X czy Y?

W swoim artykule Bob Campbell, MW porusza jeszcze jeden istotny problem. Załóżmy, że dam prze-arcy-wybitnemu winu 100 punktów (zakładam, że wówczas nie jadłbym, nie pił i nie spał kilka dni, żeby nie stracić z ust finiszu tego dzieła). Co w sytuacji, gdy spróbuję kiedyś wina, które będzie nie tylko prze-arcy-wibitne, a hiper-super-prze-arcy-wibitne (wtedy to pewnie nawet myć się przez tydzień nie będę)? Mam mu przyznać 101 punktów? A może obniżyć notę tego prze-arcy-wybitnego do 99 punktów? Ale co wtedy z tymi co mają 99 punktów, powinny przeskoczyć na 98?

Jak widziecie jakoś mi te wszystkie punkty, punkciki, gwiazdki i gwiazdeczki nieprzyjemnie pachną. Oczywiście jest to wyśmienity sposób, aby pokazać swoją istotność w świecie wina (już jak Wam pokażę jak dobre jest Wasze wino!). Jest to też świetny sposób dla winnic na podbicie swojej sprzedaży (o słabych notach nikt nie musi wiedzieć, a o wysokich można trąbić przez megafon na każdym rogu). Nie ma się zatem co dziwić, że zarówno krytycy jak i producenci utrzymują status quo, a winomaniacy szukają punkcików, gwiazdeczek i kieliszków – przeca lepiej, żeby ktoś inny powiedział mi co ma mi smakować, to o niebo łatwiejsze!

Na koniec zostawiam Was i siebie z pięknymi słowami 1000-punktowej  Jancis:

Once numbers are involved, it is all too easy to reduce wine to a financial commodity rather than keep its precious status as a uniquely stimulating source of sensual pleasure and conviviality.

Jestem strasznie ciekaw jakie jest Wasze podejście do punktów. Czy tak jak ja, przestaliście przywiązywać do nich uwagę? Czy może nigdy nie miały dla Was znaczenia? A może tylko one się dla Was liczą?

Na zdrowie!

P.S. Przez jeden dzień nawet chciałem zacząć używać skali od EnoEno, ale drugiego kwietnia mi przeszło 🙂

You Might Also Like