Święta po nowozelandzku, czyli co piłem w Wielkanoc

boy3.jpg

W Polsce Wielkanoc to święta zdecydowanie rodzinne, przynajmniej w naszych stronach. Najpierw szykujemy dania wielkanocne, później malujemy pisanki, idziemy ze święconką, a w końcu świętujemy ten wyjątkowy czas przy stole pełnym jedzenia i wina. W Nowej Zelandii wygląda to trochę inaczej. Tutaj liczą się bardziej czekoladowe jajka i 4-dniowy długi weekend (tak, Wielki Piątek tutaj mają wolny). Doszliśmy więc do wniosku, że i my skorzystamy z kilku dni wolnego i wybraliśmy się świętować na północ. Po drodze oczywiście napotkaliśmy winnice (i próbowaliśmy tutejszego Porto), ale o tym napiszę więcej przy innej okazji.

Świąteczny weekend upłynął nad pod znakiem 30-stopniowych upałów i wędrówek po wzgórzach Zatoki Wysp (Bay of Islands):

boi1.jpg

boy2.jpg

Po powrocie do domu, aby trochę odsapnąć po naszych wojażach sięgneliśmy oczywiście po wino. Jako aperitif do naszych kieliszków trafiło znakomite Pinot Blanc z winnicy Rock Ferry z 2012 roku. O Rock Ferry pisałem już Wam kilka dni temu, to wino potwierdza ich wielką klasę. Z Pinot Blanc do tej pory nie miałem zbyt wielu spotkań. Głównie sięgałem po butelki alzackie i chociaż zawsze przyjemne, nigdy ten szczep nie zwrócił szczególnie mojej uwagi. Tym razem było inaczej. Wino buchało świeżymi aromatami wiosennych bzów, mandarynek, nektarynek, pomarańczy i limonek. W ustach również mocno owocowo-kwiatowe z podkreślającą wszystko kwasowością. Idealne orzeźwienie na tutejszą gorącą jesień.

pinotblanc.jpg

Na obiad na nasze talerzy trafiła pieczona jagnięcina w rozmarynie z dodatkiem skórki cytrynowej oraz czosnku. Bardzo proste danie według przepisu Olivera. A co było w kieliszkach? Fermentowane i starzone w beczkach Sauvignon Blanc z Marlborough z 2009 roku. Całkowite zaprzeczenie nudnego i oczywistego Sava, o którym pisałem wcześniej. Mieliśmy tutaj pełno czerwonych i białych porzeczek, kwiatów, pomarańczy, mirabelek, ale też trochę orzechów i miodu. W ustach niekończące się smaki porzeczek, brzoskwiń, grejpfrutów, nektarynek, wyraźnych limonek i przypalonych tostów. Zapytacie Savuginon Blanc i jagnięcina? Tak, dało radę! Szczególnie te tostowe klimaty znakomicie zgrały się z pieczoną jagnięciną, a mocna limonkowa kwasowość dopasowała się do skórek z cytryny dodanych do marynaty. Według producenta wino to przeznaczone jest do leżakowania przez kolejne 8-10 lat. Aż kusi, żeby sprawdzić jak będzie smakowało za rok, dwa, pięc, czy dzisięć lat.

koru2.jpg

koru1.jpg

Na deser przepyszny mocno czekoladowy murzynek (który początkowo miał być babką według tego przepisu) z nieziemsko orzechowym Porto:

murzynek.jpg

Mam nadzieję, że Wasze święta były conajmniej tak pełne przygód i tak pyszne jak nasze 🙂

Na zdrowie!

You Might Also Like